Portugalia we dwoje – z Porto do Lizbony

Dachy pokryte wypalaną dachówką. Widok z Vila Nova de Gaia na Porto.
styczeń 2026

Porto. Czasem słońce, czasem deszcz

Kobieta i mężczyzna w płaszczach przeciwdeszczowych. Kobieta wskazuje na nazwę Porto.

Porto, które zobaczyłam, nie tak bardzo różniło się od tego, które zapamiętałam sprzed ponad dwudziestu lat. Tamto Porto było studenckie, wolne, swobodne, bez zobowiązań, pełne pustostanów i śmieci na ulicach. Porto wypełnione spacerami po cmentarzach, targowiskach staroci, ruinach, nieczynnych traktach kolejowych i tunelach. Niespieszne. Wypełnione chłodem lutego i słońcem. Pełne ludzi w tu i teraz. Bez pośpiechu i gonitwy.

Betonowy most widziany z dołu.

Zdjęcie mostu Ponte da Arrabida z dedykacją dla Królika

Porto, które teraz zobaczyłam, także zimowe, ale w deszczu, pokazało swoją nieco zmodernizowaną stronę. Zobaczyłam Porto pełne turystów, zabytków, ciągłego ruchu ulicznego, stojących w korkach aut i autobusów. Porto, które zaczęło ratować od upadku dziesiątki pustostanów zarówno w ścisłym centrum, jak i bardziej na obrzeżach.

Pokój przez nas wybrany znajduje się w świetnej lokalizacji, ok. 25 minut na nogach do centrum spacerkiem i dosłownie naprzeciw Jardins do Palacio de Cristal. Miejsca, z którego świetnie widać rzekę i okoliczne zabudowania. W parku znajdują się muzea i galerie, zarówno płatne, jak i z wolnym wstępem.

A co można usłyszeć otwierając okno pokoju zlokalizowanego w pobliżu parku czy raczej ogrodu? Pianie koguta! I to nie jednego. Sprawdziliśmy. Pawie też były, ale czy pawie, spotykane w wielu parkach i ogrodach są tak bardzo ciekawe?

Vila Nova de Gaia

Nie, to nie w Porto jest wytwarzane porto! Porto dojrzewa i jest butelkowane w Vila Nova de Gaia, miasteczku położonym na przeciwległym brzegu rzeki Duero.

  • Tu jedliśmy. Miejsce, gdzie przychodzą Portugalczycy – Tasquina ze Povihno
  • Tu spaliśmy – LimeHome, Rua De Dom Manuel II

Lizbona. Wielkie miasto? Mieszane uczucia… Zaskoczenie!

Widok na perony kolejowe w Lizbonie. Na pierwszym planie mężczyzna z walizką w niebiesko-żółtej kurtce.

Wjechaliśmy do Lizbony, która pożegnała (przynajmniej na kilka godzin) deszcz. Po uroczym Porto zetknęliśmy się z wielkomiejskim ruchem, dziesiątkami mijanych osób, aut, autobusów. Dość szybko znaleźliśmy przystanek autobusu nr 744, którym dotarliśmy do miejsca naszego noclegu. Tego popołudnia odpuściliśmy zwiedzanie, ponieważ następne dwa dni zapowiadały się bardzo intensywnie. Ileż można.

Bez konkretnych oczekiwań, kolejnego dnia rozpoczęliśmy naszą wędrówkę po mieście. W dół, po płaskim, w górę, znowu w dół, ciut po płaskim, w górę… i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej… Nie było w nas wielkiego zachwytu. Chyba wręcz dało się wyczuć pewne zniecierpliwienie brakiem poczucia „Tu jest inaczej. Ooo! to jest ciekawe!”.

Budynek dworca kolejowego w centrum Lizbony.

Zdecydowaliśmy się na przejazd żółtym tramwajem linii 28. Czas czekania w kolejce: około godziny. Nie dlatego, że tramwaje nie jeździły, ale dlatego, że było tak wielu chętnych. Tramwaj niewielki, około 25 miejsc siedzących i zgoda motorniczego na 3-4 osoby stojące.

W kolejce spotkaliśmy sympatyczną parę osiemdziesięcioletnich Kanadyjczyków. Często tak mamy, że obcy ludzie zagadują do nas na ulicy, zaczynają opowiadać o swoim życiu. Bardzo doceniam takie sytuacje, bo to pokazuje mi świat z wielu różnych perspektyw. Cieszę się, że mogę słuchać opowieści nieznanych mi ludzi. Opowieści, które nieraz otwierają mi oczy, uzupełniają moją wiedzę, potwierdzają moje przekonania lub weryfikują je.

Kiedy jestem głodna, mój mózg przestaje logicznie myśleć, więc po przejażdżce tramwajem pędziliśmy szukać miejsca, w którym oboje znaleźlibyśmy dla siebie coś smacznego. Na wstępie zrezygnowaliśmy z Atalho Real, ponieważ okazało się to być steak house’m. Na szczęście za rogiem znaleźliśmy miejsce z menu idealnym dla nas Honest Greens.

Rekomendowane artykuły